Ich własna liga

„Batman Beyond” i „Wolverine and the X-Men” już za nami. Na koniec tego krótkiego cyklu zostawiłem animację, która sprawia mi sporo kłopotów. Właściwie nie wiem, co chcę o niej napisać. Najchętniej załamałbym ręce, zwiesiłbym głowę i pogrążył się w głębokiej zadumie. Ale tekst się w ten sposób nie napisze.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, ten pesymistyczny wstęp nie znaczy, że serialu nie warto oglądać. Jest bardzo dobry pod bardzo wieloma względami. To, co robi, robi świetnie. Problem w tym, że jego twórcy chcieli zrobić więcej. Dużo więcej.

Dużo, dużo, duuużo więcej. Oto „Young Justice”.

Komiks sobie, serial sobie

Pomysł na ten serial sami jego twórcy przedstawiali tak: to opowieść od świecie DC, ze wszystkimi jego bohaterami i łotrami, pokazana z perspektywy młodocianych bohaterów – uczniów i pomagierów członków Justice League.

Serial jest bardzo luźno oparty o serię komiksową pod tym samym tytułem, pisaną przez Petera Davida w latach 1998-2003. Różnic jest wiele, ale dwie są szczególnie ważne, bo wiele mówią o serialu. Po pierwsze, komiksowe „Young Justice” było serią komediową – lekką, zabawną i przyjemną. Zdarzają się tam poważniejsze wątki, ale nie jest to dominujący nastrój. Serialowe „Young Justice” – na odwrót. Zawiera komediowe wątki, ale ogólnie jest poważne. Na dobrą sprawę animowane seriale o Teen Titans – „Teen Titans”, czy może nawet „Teen Titans Go!” – są pod tym względem bliższe komiksowemu „Young Justice”.

Co prowadzi do drugiej kluczowej różnicy – pokoleniowej. Komiksowe „Young Justice” opowiada o ówczesnym najmłodszym pokoleniu bohaterów, działających w świecie, w którym poprzednia generacja młodych (działających w ramach Teen Titans) zdążyła już dorosnąć. I tak w grupie mamy między innymi Robina (numer trzy – Tim Drake), Superboy’a i Impulse’a (Bart Allen, młodociany speedster z dalekiej przyszłości). Na pierwszy rzut oka w serialu wszystko się zgadza – tyle tylko, że Robinem jest tam numer jeden – Dick Grayson, a speedster to Kid Flash (Wally West). Innymi słowy – serialowe „Young Justice” jest o pokoleniu, które w komiksach działało w ramach Teen Titans.

Mam nadzieję, że się nie pogubiliście. Na to jeszcze przyjdzie pora.

Elementów z komiksu jest w serialu więcej – zgadza się kryjówka bohaterów i jeden z opiekunów grupy, pojawia się też parę dużo bardziej konkretnych odniesień. Peter David napisał scenariusze do paru odcinków.  Ale różnic jest dużo, dużo więcej, więc nie ma co więcej wspominać o komiksie. Może tylko przy okazji go polecę. Dobrych komiksów komediowych nigdy za wiele.

W dużym skrócie

Serial zaczyna się w dniu, gdy czwórka bohaterów – Robin, Kid Flash, Aqualad (Kaldur’Ahm, pomocnik Aquamana) i Speedy (Roy Harper – pomocnik Green Arrowa) – ma po raz pierwszy zostać wpuszczona do siedziby Justice League, co odbywa się w blasku fleszy. Zaraz za progiem atmosfera się psuje – Speedy wie (bo Green Arrow – w tej roli Alan Tudyk – się wygadał), że budynek, w którym się znaleźli, to atrapa dla turystów, a prawdziwa siedziba znajduje się gdzie indziej. Wkurzony tym, że nie są traktowani poważnie, zrywa współpracę ze swoim mentorem i wychodzi.

Obecni członkowie Ligi muszą się czymś zająć. Pozostała trójka rozgoryczonych młodych postanawia zdobyć szacunek swoich opiekunów, przeprowadzając bez ich wiedzy rozpoznanie w bazie podejrzanego rządowego programu Cadmus. Oczywiście wpadają przy tym w poważne tarapaty, ale ostatecznie tryumfują. Przy okazji odkrywają i przeciągają na swoją stronę odnalezionego w laboratorium Cadmus Superboy’a – klona Supermana, stworzonego by go zastąpić, gdyby zginął, lub powstrzymać, gdyby obrócił się przeciw Stanom Zjednoczonym. Dorośli bohaterowie są, oczywiście, niezadowoleni, ale młodzi stawiają na swoim – działając wspólnie dokonali czegoś, czego nie byliby w stanie zrobić sami, więc mają zamiar działać tak dalej. Członkowie Justice League ostatecznie zgadzają się, i tak grupa – zwana po prostu Drużyną – staje się czymś w rodzaju sekretnej młodzieżówki Justice League, wykonującej zadania, którymi nie mogliby się zająć łatwo rozpoznawalni dorośli bohaterowie.

Na koniec dwuodcinkowej historii otwierającej serial Martian Manhunter wprowadza do grupy swoją siostrzenicę, Miss Martian (M’gann Morzz/Megan Morse). W szóstym odcinku dołącza do nich łuczniczka Artemis, przedstawiona jako siostrzenica Green Arrowa. Te sześć postaci to trzon grupy. Speedy – teraz działający jako Red Arrow – działa niezależnie, ale pozostaje jednym z bohaterów serialu. W połowie sezonu dołącza jeszcze nastoletnia czarownica Zatanna, a w przedostatnim odcinku – Rocket (Raquel Ervin – pomocnica Icona, i tak, moją reakcją też było „czyja?”).

Główny wątek fabularny napędzają działania tajemniczej grupy The Light, stojącej za prawie wszystkimi atakami, kradzieżami, porwaniami i innymi tego typu działaniami przestępców i superprzestępców powstrzymywanych przez bohaterów serialu. The Light mają plan, choć zabij, nie jestem w stanie przytoczyć go w szczegółach. Jest to bardzo skomplikowany, wielofazowy i wybiegający myślą naprzód plan, to na pewno. The Light, tak na marginesie, to koalicja (żeby nie powiedzieć zbieranina) różnych superłotrów świata DC – paru pierwszoligowych, znanych i rozpoznawalnych, paru… niekoniecznie.

Ale walka z The Light to zaledwie coś, co dzieje się w „Young Justice” – a nie to, o czym „Young Justice” jest.

O czym jest „Young Justice”?

O młodych ludziach wkraczających w dorosłość. O udowadnianiu swojej wartości. O braniu odpowiedzialności na własne barki. O obawach, że nie zostanie się zaakceptowanym ze względu na bycie innym. O przyjaźni i współpracy. O pierwszej miłości. O otwieraniu się na ludzi.

Innymi słowy, jest to serial zainteresowany przede wszystkim przedstawianiem bohaterów i eksplorowaniem relacji między nimi. I to postaci są jego największą siłą – zarówno członkowie Drużyny, jak i ich mentorzy z Justice League.

Oczywiście, wciąż jest to również serial o okładaniu przeciwników po twarzach. No i może bohaterowie są w czubie zainteresowań twórców, ale zaraz na drugim miejscu są barokowe intrygi ich wrogów, polegające głównie na grze w trzy kubki i w Super Mario. Bohaterowie cały czas są o krok za przeciwnikami, co jakiś czas udaje im się udaremnić jakiś plan, by chwilę później okazało się, że gonili za czymś, co miało odwrócić ich uwagę. Albo – że za pokonanym przeciwnikiem stoi kolejny, a księżniczka jest w innym zamku. Tożsamość członków The Light zostaje odkryta dopiero w 14 odcinku (z 26 tworzących pierwszy sezon), i to widzom – bohaterowie pozostają nieświadomi. Jest to, na dłuższą metę, trochę męczące.

Ale, ale – twórcy dobrze równoważą rozwijanie postaci i ich relacji z większą fabułą rozgrywającą się w dużej części bez ich wiedzy. A przynajmniej – przez większość sezonu dobrze to równoważą. Za przykład niech posłuży fakt, że Drużyna po raz pierwszy zbiera się w komplecie dopiero w szóstym odcinku. Przez pięć odcinków mieliśmy okazję poznać bohaterów, a oni sami wiarygodnie zapoznali się ze sobą i zaprzyjaźnili. Dzięki temu Artemis zostaje skutecznie wprowadzona jako element obcy, jako nieznany czynnik. Zarówno widzowie, jak i bohaterowie, nie mogą być tak do końca pewni, czy powinni jej ufać – co potem podbudowują pewne elementy fabuły. To świadczy o dobrym rozłożeniu ich w czasie, i o ogólnych kompetencjach twórców.

Potem, cóż… W drugiej połowie sezonu wydarzenia nabierają tempa, a główny wątek fabularny coraz bardziej się rozpycha, zostawiając mniej miejsca dla postaci. Nieco cierpi na tym debiutująca w 15 odcinku Zatanna, dopiero od 18 odcinka dołączająca do obsady na stałe. Jej wątek jest bardzo istotny w 19 odcinku, ale jego konsekwencje zostają później potraktowane nieco po macoszemu.

Jeszcze dziwniejszą decyzją jest rozszerzenie składu o Rocket w przedostatnim odcinku sezonu. Normalnie dwa odcinki wystarczyłyby, by mniej więcej poznać postać – ale nie, kiedy są to dwa ostatnie odcinki sezonu, w których trzeba ostatecznie podbić stawkę, postawić bohaterów na progu porażki i jeszcze umożliwić im zwycięstwo. Rocket jest w tym wszystkim praktycznie statystką.

Z drugiej strony, jeśli na koniec sezonu moim najcięższym zarzutem jest to, że „chciałbym więcej”, to chyba dobrze, prawda? Jasne, może niektóre wątki nie doczekały się satysfakcjonującego rozwiązania. Może o niektórych postaciach nie wiedziałem tyle, ile chciałbym wiedzieć. Może rozwój niektórych relacji był nieco zbyt szybki, jakby zepchnięty poza kadr, i chciałbym, by twórcy pokazali je dokładniej. Nic, tylko brać się za kolejny sezon, prawda?

Na młode wilki inwazja

Drugi sezon „Young Justice”. Jak to opisać? Od czego zacząć? Słów nie starczy. Ale spokojnie, od początku.

Druga seria rozpoczyna się pięć lat po pierwszej. Dick Grayson kieruje teraz Drużyną. Nie jest już Robinem – teraz nazywa się Nightwing. Zatanna i Rocket opuściły Drużynę, by wstąpić do Justice League, co sprawia, że z bohaterek drugoplanowych zmieniają się w kompletne statystki. Artemis i Kid Flash opuścili Drużynę, by pójść na studia, ale pozostają bohaterami serialu, a fabuła szybko wciąga ich z powrotem w akcję. Aqualad opuścił Drużynę z jeszcze bardziej skomplikowanych powodów, ale on też będzie się regularnie pojawiał.

To brzmi, jakby aktywnych członków Drużyny można policzyć na palcach jednej dłoni pijanego drwala, prawda? Nic z tych rzeczy. W międzyczasie do Drużyny dołączyli (głęboki wdech):

Batgirl (Barbara Gordon), Beast Boy, Blue Beetle (Jaime Reyes), Bumblebee, Mal Duncan, Lagoon Boy, Robin (Tim Drake) i Wonder Girl.

Powyższa lista nie uwzględnia postaci, które dołączyły do Drużyny i opuściły ją / zginęły pomiędzy sezonami, ani kolejnych trzech postaci, które debiutują w trakcie drugiego sezonu. Mniej więcej połowa z nich ma własne wątki fabularne, którym twórcy poświęcają pewną ilość czasu – choć tylko Blue Beetle dostaje tyle czasu ekranowego, by można było o nim powiedzieć, że dołącza do pierwszoplanowych postaci.

Ale i tak – jedenaście nowych postaci, z czego przynajmniej pięć jest całkiem istotnych dla fabuły. O czym jest drugi sezon? O tym, co pierwszy. A ponadto – o radzeniu sobie ze śmiercią bliskiej osoby, o etycznym wykorzystywaniu mocy i o tym, jak daleko można się posunąć w walce, o uzależnieniu (!), o życiu podwójnego agenta, o życiu z tajemnicą której nie można nikomu wyjawić, o rozpadzie związku, o braku pewności co do tego, czy jest się materiałem na superbohatera, o obsesji, o przejmowaniu roli z którą wiążą się duże oczekiwania… Czy wspominałem, że również o tym wszystkim, o czym był pierwszy sezon?

A, no i wraz z drugim sezonem serial został przemianowany na „Young Justice”: Invasion, bo Ziemię infiltrują kosmici szykujący – jakżeby inaczej – inwazję. Przepraszam, powinienem był jaśniej zastosować tę liczbę mnogą – mowa o dwóch różnych grupach kosmitów. Które są również w różnych relacjach z wciąż działającą z ukrycia The Light. Która jest powiązana z trzecią kosmiczną siłą.

Czy wspominałem, że drugi sezon jest krótszy, i ma tylko 20 odcinków, w które próbuje to wszystko upchnąć?

I to jest ten moment, gdy autentycznie brakuje mi słów. To jest moment, w którym ktoś powinien był chwycić twórców za ramiona, potrząsnąć nimi, powiedzieć „ogarnij się!”, potrząsnąć jeszcze raz i spoliczkować. W pierwszym sezonie sporo wątków zostało potraktowanych nieco po łebkach, trochę za dużo działo się pomiędzy odcinkami, przez co narracja sprawiała wrażenie szarpanej.

Drugi sezon nawet trudno porównać z pierwszym. Jest tak absurdalnie przeładowany. Przeładowany wszystkim. Ma za dużo wątków i zdecydowanie za dużo postaci. Twórcy zupełnie nad sobą nie panowali. Pojawia się nowa postać. Dostaje wątek fabularny. Potem zostaje zepchnięta w tło. Parę odcinków później pojawia się w sumie tylko po to, by przekazać informację, że wątek został rozwiązany. Powtórzyć kilka, kilkanaście razy.

Kto sądził, że to jest dobry pomysł? Kto podjął tę decyzję?

Najgorsze jest to, że twórcy pozostają zdolni. Tak naprawdę moim zarzutem – znowu! – nie jest „tego jest za dużo”, tylko „to jest za krótkie, by to wszystko pomieścić”. Tak, serial wyszedłby lepiej, gdyby twórcy powstrzymali się przed wrzuceniem do niego każdego pomysłu, jaki przyszedł im do głowy. Ale to są fajne pomysły. Przez drugi sezon przewija się absurdalna liczba postaci, ale nawet te, które są niemal całkowicie zepchnięte w tło wypadają fajnie, i chciałbym, by dostały więcej miejsca. Miejsca, którego nie ma i nie będzie, bo drugi sezon był ostatnim.

Wisienką na tym sflaczałym torcie niech będzie to, że „Young Justice” kończy się cliffhangerem podobnym do tego, który wieńczy Wolverine and the X-Men. Jeśli się przymknie jedno oko i spojrzy pod odpowiednim kątem, może działać jako otwarte, ale jednak zakończenie. Choć chciałoby się więcej.

I jeszcze raz

Ostateczny werdykt? „Young Justice” jest bardzo problematycznym serialem – przede wszystkim ze względu na nadmiar postaci i wątków, oraz to, jak twórcy nie potrafili się zdecydować na to, by przyciąć czas ekranowy niektórych z nich, by rozwinąć inne. Nie powiem „by rozwinąć ciekawsze” czy „by rozwinąć ważniejsze”, bo tak naprawdę prawie wszystkie wątki, nawet te potraktowane najbardziej po łebkach, wypadają co najmniej nieźle.

Ostateczny werdykt – to nie jest dobry serial. Ma zbyt wiele problemów konstrukcyjnych, bym mógł go nazwać dobrym. Ale jest to serial, który się świetnie ogląda. Jest źle rozplanowany, ale jest dobrze napisany.

No i wygląda rewelacyjnie. Płynna animacja. Świetna choreografia walk. Dobry design postaci i kostiumów, podkreślający indywidualność bohaterów. Cały serial jest zrealizowany na poziomie lepszych pełnometrażowych animacji DC.

Ale przede wszystkim, jest to serial, który ogląda się dla postaci – dobrze napisanych, świetnie zagranych. Drobnym rozczarowaniem są przeciwnicy – może nie wyszli źle, jednak z paroma wyjątkami (Cheshire, do pewnego stopnia Luthor i „tajemniczy partner” z drugiego sezonu) nie zapadają w pamięć. Po prostu widzieliśmy już lepsze ich wersje w innych animacjach. Jest co prawda paru takich, którzy dobrze się prezentują, ale ich rola ogranicza się do statystowania – taki los spotkał na przykład Deathstroke’a.

Business as usual

Wyszedł z tego dużo krótszy tekst niż poprzednie dwa, bo „Young Justice” łatwiej jest mi opisać w ogólnikach. Czy może nie tyle – „łatwiej jest opisać”, co „to jedyny sposób, by je opisać”. Bo jakbym miał, tak jak poprzednio, wymieniać interesujące postaci, ciekawe wątki, czy elementy, które nie działają i wyjaśniać, czemu – tkwilibyśmy tutaj przez następnych parę miesięcy. Tyle tego tu jest – dobrego i złego. Które postaci są fajne? Wszystkie, lub prawie wszystkie. Którym przydałoby się więcej miejsca w serialu? Wszystkim. Które wątki są interesujące? Znakomita większość.

Łatwiej wskazać wyróżniających się przeciwników, bo jak wspomniałem wyżej – nie ma ich wielu. Ale za to gdy któryś przeciwnik ma jakiś bliższy związek z którymś z bohaterów, wychodzi to bardzo dobrze. By nie powiedzieć za wiele – są to na przykład Roy Harper i Cheshire, czy Roy Harper i Luthor. Roy Harper ogólnie wypada bardzo dobrze w tym serialu – ale to samo mógłbym powiedzieć o… i tu zaczęłaby się długa wyliczanka.

Równie długa byłaby wyliczanka wymieniająca nie tyle postaci czy całe wątki, co drobne chwyty zastosowane przez twórców, luźne pomysły, które strasznie mi się podobają. Na przykład – Robin, jak na wybitnego ucznia Batmana przystało, potrafi w mgnieniu oka zniknąć z pola widzenia. Tyle tylko, że on nie robi tego po cichu, jak ninja. Tym scenom towarzyszy echo chłopięcego chichotu, dobiegające diabli wiedzą skąd. Efekt jest fantastyczny.

Mógłbym też wymieniać charakterystycznych aktorów przewijających się przez serial – poza Alanem Tudykiem są to między innymi Danny Trejo w roli Bane’a, czy Brent Spiner (android Data ze Star Trek: Next Generation) jako kuriozalny Joker – ale znowu, zajęłoby to sporo miejsca. Podobnie jak chwalenie poszczególnych występów – Bruce Greenwood (kapitan Pike z nowych Star Treków) jest niczego sobie Batmanem, Nolan North robi niesamowite rzeczy z rolą Superboy’a, biorąc pod uwagę, że początkowo większość jego kwestii to różne stęknięcia, warknięcia i bojowe pohukiwania. I tak dalej.

Albo takie drobiażdżki fabularne, jak to, że Batman jest tutaj bardzo dobrym zastępczym ojcem dla Robina. Wystarczająco dobrym, by wytykać Supermanowi, jak koszmarnie zachowuje się w stosunku do Superboy’a. W ogóle „Young Justice” świetnie pokazuje tę typową dla DC pokoleniowość, dorastanie młodszych bohaterów pod okiem starszych i to, jak ci młodzi następnie przejmują pałeczkę i – nierzadko – tożsamości swoich mentorów. Świetnie również widać, czemu Wally West jest najfajniejszym speedsterem DC, i jakim nudziarzem jest klasyczny Barry Allen. Jeśli w ostatnich latach polubiliście Barry’ego, to tylko dlatego, że od pewnego czasu jest pisany bardziej jak Wally.

Ogólnie – fajne jest to przenikające serial poczucie, że faktycznie obserwujemy cały świat DC z perspektywy młodych – świat z bogatą historią, zaludniony przez postaci, które mają swoje życie i ciągle coś robią, działają, nawet, kiedy nie widzimy ich na ekranie.

Oczywiście, to prowadzi do tego, co już pisałem – że poza kadrem często dzieje się zbyt wiele. I tak domykamy pętlę. To fantastyczny serial, którego nie mogę nazwać dobrym, bo ma zbyt wiele problemów, ale ma tyle zalet, że jeśli go nie znacie sugerowałbym, byście rzucili wszystko i zabrali się za oglądanie. Choć oczywiście powinniście pamiętać o moich zastrzeżeniach. I tak dalej, i tak dalej, i w koło Macieju, aż Maciej zacznie zżerać własny ogon.

„Young Justice” jest równie bliskie ideału, jak i odległe od niego, a mimo to ostatnim słowem, jakiego użyłbym do opisania tego serialu byłoby „średni” lub „nijaki”.

I to już naprawdę wszystko.

Myszmasz jest częścią sieci podcastów Podsluchane.pl. Polub fanpage, żeby być na bieżąco z naszymi projektami.

Subskrypcja podcastu na SpotifySklep Podsluchane.plNasze konto na YouTubeNasz fanpageNasz TwitterRSS podcastu